Naturalność / normalność LGBT... i nie tylko

Czy homoseksualizm jest naturalny i czy ma to jakiekolwiek znaczenie w świecie norm społecznych.

Homoseksualizm i LGBT, naturalne poronienia i aborcja, jedzenie mięsa, seks pozawaginalny i masturbacja, niechęć do energii atomowej, marketing wokół leków i żywności, substancje psychoaktywne… i wiele wiele więcej przykładów odwołań do natury (lub stanu obecnego) jako wyroczni tego, jak mamy postępować.

Nieporozumienia językowe

W bestsellerze “Sapiens” Harariego czytamy:

Z biologicznego punktu widzenia nic nie jest nienaturalne. Wszystko co jest możliwe z definicji jest naturalne. Prawdziwie nienaturalne zachowanie, czyli takie, które sprzeciwia się prawom natury, po prostu nie mogłoby zaistnieć, więc nie potrzebowałoby żadnego zakazu. Żadna kultura nie zadała sobie trudu, by zakazać mężczyznom fotosyntezy a kobietom biec szybciej niż prędkość światła.

Nie oddalając się, bo jeszcze w tej samej książce autor posługuje się wielokrotnie tym samym terminem w innym znaczeniu i nie wyczuwa chyba własnej niekonsekwencji. Przykładem jest fragment:

Kury takie otrzymują odpowiednią ilość pożywienia, ale nie są w stanie oznaczać własnego terytorium, budować gniazd czy oddawać się innym naturalnym zachowaniom. Niejednokrotnie klatki bywają tak ciasne, że kury nie mogą trzepotać skrzydłami ani w pełni się wyprostować.

Skoro jako naturalne zdefiniowane zostało wcześniej przez Harariego “wszystko co możliwe”, to życie w ciasnych klatkach również takie jest. Pierwszy z cytatów dodatkowo wpisuje się w tak zwany petitio principii, czyli wnioskowanie na podstawie przesłanek zakładających prawdziwość wniosku (wszystko jest naturalne, wiec nic nie jest nienaturelne. Do smacznych napojów należy herbatka, więc herbatka jest smaczna hehe!… ehh). ”Zdefiniuj naturalne!” chciałoby się rzec przy każdej tego typu dyskusji. Dwa fragmenty zostały cytowane nie po to, aby punktować Harariego, ale po to aby podkreślić, że język jest dość plastycznym narzędziem kategoryzacji otaczającego nas świata. Nigdzie nie spoczywa żadna absolutna księga znaczeń słów. Nie oznacza to, że jest on totalnie relatywny, bo wtedy przecież nie moglibyśmy się dogadać. Język jest raczej intersubiektywny, czyli ukształtowany na zasadzie umowy między członkami określonej grupy i (niemal) absolutny dla niej, ale już nie poza nią.

Co z tym LGBT?

Masturbacja, transpłciowość i homoseksualizm towarzyszą ludziom od wieków. Co prawda odsetek homoseksualistów w społeczeństwie był i jest dość niski, jednak istnieje i trwa, więc jest potwarzalny i utrzymujący się. Czy to wystarczające cechy aby obdarzyć go zaszczytem naturalności? To zależy co za definicję naturalności podstawimy, jeśli występowanie w przyrodzie, to bez wątpliwości tak.

Dlaczego więc okrzykiwane są nienaturalnymi? ”Ponieważ seks jest po to aby się rozmnażać!” słyszymy i możemy albo odfajkować jako “głupi”, albo stwierdzić, że ta oto osoba posługuje się jeszcze inną definicją naturalności. Dla niej naturalność aby zaszła spełniony musi zostać dodatkowy zespół cech. Nie wystarczy, że występuje on w przyrodzie. Cech wynikających z nakładania spraw ideologicznych i religijnych (Bóg nas tak stworzył i mnożyć się kazał). Dochodzi jeszcze do tego dogmat prawa naturalnego i każdy mówi niby o tym samym, jednak o czymś innym. Osoba taka nie musi być zresztą religijna, powołać może się na proces ewolucji i dla niej naturalnym będzie to, co proces ten aktywnie podtrzymuje (trzeba więc się mnożyć a nie jakieś homoseksualizmy). Do ewolucji wrócimy niżej.

Konserwatysta rozmawiający z konserwatystą doskonale dogada się w obrębie swojego intersubiektywnego języka. Nie dogada się z biegunem ideologicznie przeciwnym i może byłoby o czym dyskutować gdyby zamiast “naturalne” użyte zostało “pożądane dla mojego systemu wartości”. Niestety wysiłek polegający na dopuszczeniu do głowy istnienia innych systemów wartości i wysiłek polegający na dopasowaniu swoich słów do wspólnej płaszczyzny na której się porozumiemy jest często zbyt duży. Nikt do dziecka przecież nie mówi “Ile razy zaszła już dziś defekacja i jaka była struktura stolca?” bo wiemy, że się nie dogadamy. Oponenta o innych poglądach z góry chcemy “zaorać”, najlepiej jak najszybciej zanim zrobi to on. Gdy dyskusji towarzyszą obserwatorzy nie chodzi już w ogóle o dążenie do istoty sprawy, tylko o erystyczne sztuczki.

Symptomatyczne, że często druga ze stron konfliktu zamiast zmierzać do sedna, daje się wciągnąć i kontratakuje “a właśnie, że jest naturalne bo gatunek X też tak robi” wierząc szczerze, iż wykazanie większej naturalności legitymizuje przedmiot sporu.

Żeby lewa strona szanownych czytelników nie rozsiadła się tu zbyt wygodnie nie można zapominać, że to samo dotyczy dyskusji o energii atomowej, czy zębach człowieka, dawnym odżywianiu i wegetarianiźmie.

Przyroda jako drogowskaz - pod gilotynę

Bez względu na to jaką definicję naturalności sobie wybierzemy, klasyfikacja obiektu sporu jako naturalny lub nie, nie ma znaczenia w formułowaniu sądów moralnych i powinności. Powołując się na gilotynę Hume’a i tak zwany błąd naturalistyczny oddzielić należy wartościowanie od faktów, to ”jak jest” nie implikuje ”jak powinno być“.
Czy można więc zacząć chodzić na rękach, doprowadzać pokarm nosem i spać w ciągu dnia? Nie w tym rzecz. Oddzielenie nie jest równe odwróceniu i konieczności postępowania przeciwnego.

Przyroda jako proces ewolucji nie ma celu, ma rezultaty. Jest procesem w którym zauważamy pewne prawidłowości, jednak nie są one ani sterowane, ani intencjonalne. Gazzanigha pisał o “module interpretatora”, który lubi racjonalizować wszystko co mu podsuniemy i moim zdaniem takie zjawisko zachodzi w tym przpadku, antropomorfizujemy obserwowane bezcelowe działanie przyrody. Tymczasem celem ewolucji nie jest ani rozwój, ani selekcja najsilniejszych, ani przetrwanie gatunku. Nic nie jest jej celem, tak jak nic nie jest celem krążenia ciał Układu Słonecznego. Przyroda nie dokonuje wyborów, nie posiada aparatu decyzyjnego, działa deterministycznie i nie mogą dla niej istnieć cele do których dąży, gdyż dążenie oznacza aktywne działanie i przeciwdziałanie.

Stwierdzenie ”Rzęsy powstały po to aby chronić oczy przed zanieczyszczeniem” jest błędne i powinno poprawione być na ”niektóre organizmy mają rzęsy, ponieważ mutacja w wyniku której powstały okazała się adaptacyjnie korzystna, umożliwiając ich posiadaczom skuteczniejsze dostosowanie a następnie przetrwanie i przekazanie tej cechy dalej.

Cały cywilizowany świat XXI wieku…

uznaje X za właściwe, więc X jest właściwe i my powinniśmy również podążyć tą drogą. Dlaczego? Nie wiem czy to czysty błąd naturalistyczny, czy też pomieszany z błędami poznawczymi typu ”efekt autorytetu”, nieistotne.
Powoływanie się na autorytet cywilizowanego (czyli w zamyśle mądrego, postępowego) zachodu prowadzi do wnioskowania, że skoro wzorcowa większość tak robi, to znaczy iż robi dobrze, czyż nie? Oczywiście, że nie. Historia zna wiele przypadków, dla których (mimo że oczywiste wtedy) zachowania większosci dziś uznajemy za totalnie nieakceptowalne.

Rozumowaniu takiemu towarzyszy często argument ”Mamy XXI wiek!”. No dobrze mamy, ale czy oto nastały czasy ostatecznej nieomylności i kulturowej słuszności? Ten tok rozumowania rozpatrywany dziś wielu osobom wydaje się poprawny, jednak co jeśli cofniemy się do czasów niewolnictwa, przedmiotowego traktowana kobiet, trzymania czarnoskórych w zoo i zrzucania chorych dzieci z przepaści? Nie tak trudno wyobrazić sobie XXV wieczne społeczeństwo z obrzydzeniem patrzące na niektóre z naszych dzisiejszych norm społecznych. Nie sugeruję tu, że należy negować postęp jakiejkolwiek cywilizacji. Sugeruję aby argumentować precyzyjnie o które chodzi nam cele i wartości a nie o bezmyślne kserowanie autorytetu.

LGBT to (nie) zaburzenia psychiczne!

We współczesnych dyskusjach o homoseksualiźmie przewija się czasem argument “W DSM homoseksualizm to nie jest zaburzenie, więc jest normalny”. Zdumiewające, że osoby legitymizują określone zachowania na podstawie akurat tego co zawarte obecnie w DSM, przecież jeszcze niedawno właśnie tam jako parafilie (zaburzenia seksualne) zakwalifikowany był homoseksualizm i transseksualizm.
W żadnym wypadku nie sugeruję tu, że homoseksualizm jest zaburzeniem psychicznym, ale nie sugeruję też, że nim absolutnie nie jest. Klasyfikacja zaburzeń psychicznych czy to z DSM, czy z ICD jest wynikiem zaszufladkowania empirycznych obserwacji w ramy językowych, kulturowych, ludzkich kategorii. I bez znaczenia jest tu też kontr-argument, głoszący ”wykreślenie miało miejsce pod wpływem presji kulturowej”, niewątpliwie miało, ale pierwotne wpisanie go (homoseksualizmu) tam też było tym podyktowane.

Problem w tym, że zaburzenia psychiczne i behawioralne mają charakter niezwykle złożony, zupełnie inny niż zaburzenia np. układu krążenia. Psychika ludzka za sprawą zachowań manifestuje się w społeczeństwie i warstwy te choć nachodzą na siebie zupełnie zmieniają sposób w jaki zaburzenia behawioralne (a więc i społeczne) klasyfikujemy. Normy wynikają nie tylko z warunków biologicznych, ale też z oczekiwań społecznych i kulturowych. Na ocenę zachowania człowieka jako normalne (lub nie) wpływa patrzenie przez pryzmat kulturowych kryteriów. Trudno więc oceniać normalność zachowania człowieka patrząc wyłącznie na jednostkę, jeszcze trudniej robić to patrząc wyłącznie na jej mózg, liczą się relacje międzyludzkie.

Dziś DSM wygląda tak jak wygląda, za jakiś czas wyglądać może zupełnie inaczej, absolutyzm w tej kwestii jest wyjątkowo naiwny. Homoseksualizm nie jest uznawany za normalny, dlatego, że wykreśliliśmy go z listy zaburzeń, ale wykreśliliśmy go z listy zaburzeń, bo został zaakceptowany przez społeczeństwo. Czy to dobrze, czy źle? Oceń sam szanowny czytelniku.






Źródła i inspiracje

  • Sapiens, od zwierząt do bogów”, Y. N. Harari
  • Szaleństwo i metoda. Granice rozumienia w filozofii i psychiatrii”, A. Kapusta